Portugalia

26 marzec - 6 kwiecień 2009

zobacz też nasze filmy:tramwaj, oceanarium

Magiczna podróż do Portugalii, długo odkładana - dzięki zbiegowi okoliczności, nareszcie doszła do skutku. Wyprawa była tym razem astrologiczna - chciałam sprawdzić na sobie, jak działa relokacja.

Według astrologicznej teorii - zmiana miejsca może znacznie wpłynąć na los i charakter człowieka. Każdy ma swoje miejsce mocy, gdzieś na świecie - astrolog znający techniki relokacji i przestrzeni lokalnej potrafi określić, w którym kierunku się udać, by sprawy toczyły się najpomyślniej i wskazać miejsca, gdzie możemy dosłownie naładować swój energetyczny akumulator.

Kiedy wytyczyłam swoje miejsca mocy okazało się, że znajdują się na terenach krajów, z którymi jestem od lat związana - poprzez to, czym się zajmuję, przez fascynacje i ulubione motywy w historii, religii i kulturze. Są to Indie, Tybet, Nepal no i Portugalia, którą kojarzyłam głownie z "Lisbon Story" i pieśniami zespołu Madredeus. Myliłam się - z Portugalią wiąże się bardzo wiele rzeczy, które zawsze mnie fascynowały.

Przy okazji też, zainspirowana relacjami z podróży zaprzyjaźnionych astrolożek, które odwiedziły w ubiegłym roku Lizbonę również w celach magicznych mogłam sprawdzić na żywo - spod jakiego znaku jest Portugalia. Po więcej informacji odsyłam do ciekawej relacji wspomnianej wyżej.

Portugalia jest niewątpliwie Koziorożco-Rybą. Za sprawą tych zodiakalnych energii powstała niezwykła mieszanka - władza i bogacze z elit (Saturn) pozostawili magiczne, bajkowe wręcz budowle, mające wiele nawiązań do ezoteryki (Neptun).

Dodam jeszcze tylko, że towarzyszka mojej podróży jest spod Koziorożca z Ascendentem w Rybach.

Neptun - władca Ryb jest oczywiście na pomnikach a wodne motywy przewijają się nieustannie w portugalskiej kulturze.

widać też ogólna słabość Portugalczyków do pomników:

martwa natura....

i żywa (obie w Parku de Nacoes)

 

Z miejsc magicznych, najciekawsza jest podlizbońska Sintra - od królewskiego pałacu, przez fortecę Maurów, masońskie labirynty, średniowieczny klasztor i przystanki z ezoterycznymi malunkami-zagadkami stojącymi sobie tak po prostu, przy dojazdowej drodze.

Okolice Sintry:

po drodze:

 

Sintra, Palacio de la Pena - pałac rodziny królewskiej:

królewska łazienka:

pani bileterka, bardzo ładna ale nie chciała fot...

Strażnik pałacu też nie chciał z nami gadać, bo był zajęty podtrzymuwaniem balkonu:

Niesamowity jest królewski ogród:

Inny pałac w Sintrze - Palacio de Monserrate wybudowany przez Williama Beckforta - XVIII-wiecznego, bajecznie bogatego ekscentrycznego pisarza (autora gotyckiej powieści "Vathek" - czy ktoś to czytał?)

Pałac jest w nieustającym remoncie. Część została już odnowiona.

Niektóre elementy pochodzą z Indii. Jeden z ostatnich właścicieli, równie bogaty jak Beckfort przedsiębiorca - Sir Francis Cook, zakupił sobie od Anglików piękne, żakardowe elementy drzwi z białego marmuru z jakiegoś pałacu w Indiach. A w ogrodzie hinduski, drewniany portal.

budynki gospodarcze:

czarodziejski ogród:

nazwy drzew w napisane są odręcznie, ołówkiem..

 drzewa jak z Tolkiena

Misterny styl manueliński, który zdobi pałac Monsarrate jest świetnym połączeniem energii Saturna i Neptuna. Rzeźbione w kamieniu fantazyjne stwory, motywy marynistyczne - od fal oceanu do lin okrętowych.

 Najsłynniejsza budowla w tym stylu architektonicznym to katolicki kościół i klasztor Hieronimitów w Belem w Lizbonie: 

 

Ciekawe jak zakonnicy dawali sobie radę z celibatem, mieszkając na co dzień z kuszącymi z kolumn półnagimi boginkami.

Kamienne stwory w klasztorze zdają się żyć własnym życiem...

a przed klasztorem:

 trawniki w morskie fale...

 dobra wróżka z wachlarzami...

i złe wiedźmy w parku....

i jeszcze niesamowite Oko Horusa w pobliskim Muzeum Archeologicznym.

Lizbona:

Lizbona zrobiła na mnie duże wrażenie. Duch tego miasta jest obecny, namacalny. Jest w nim melancholia i smutek. Kręte strome uliczki, wspinające się pod górę tramwaje. W marcu, przed sezonem, na ulicach starówki są głównie starsi ludzie i nieliczni turyści. Na przedmieściach Lizbony za to tłumy, krajobraz jak na naszym Grochowie, centra handlowe, w autobusach wytatuowani tubylcy około czterdziestki, trochę juz zawiani choć to dopiero południe.

Autostrada, przedmieścia

 

W centrum kilkusetletnie kamienice - niestety w większości, poza dzielnicą Chiado - zapuszczone i zniszczone. To już nie Tsunami, tylko ząb czasu niszczy Lizbonę, kamienica po kamienicy...

W centrum Lizbony przesiaduje bardzo wielu przybyszy z byłych kolonii portugalskich - brazylijskie piękności, czekoladowi Wyspiarze z Zielonego Przylądka, hinduskie rodziny z Goa. Na starówce w Niedzielę Palmową pokazy tańców ludowych.

Było zimno. Przeszywający zimny, atlantycki wiatr i znowu w powietrzu ten smutek i nostalgia...no po prostu...fado.

W krainie Neptuna wielką atrakcją okazało się ogromne Oceanarium. Niektóre ryby, nie grzeszyły urodą ale gapić się na nie można godzinami. W mózgu - stan Alfa, po dwóch godzinach - pełna hipnoza.

Mnie urzekła najbardziej majestatyczna Ryba-Krowa i tajemnicze, fluorescencyjne meduzy, których nie udało się oczywiście sfotografować, bo pływały w całkowitej ciemności - przezroczyste, utkane ze świecącej mgły - duże i małe, z góry na dół, z dołu do góry, z niesamowitą gracją.

Ryba-Krowa:

metro:

 

Warto odwiedzić też Ogród Botaniczny w dzielnicy Chiado - przyklejony jest do Muzeum Historii Naturalnej - zaszyć się tam na parę godzin. Tylko, uwaga na żerujące dinozaury.

Teraz, uwaga - Numer Jeden, jeśli o mnie chodzi - kolekcja biżuterii francuskiego jubilera Art Nouveau - Rene Lalique'a w Muzeum Gulbenkiana.

Jest w tym muzeum też i gratka dla astrologów - piękny stojący zegar z 1712r. na którym, prócz wskazówek godzinowych są aktualne przebiegi Słońca, Księżyca i planet. Niestety nie mogłam sfotografować go bliżej - pan strażnik przegonił mnie za wcześnie.

W Lizbonie na każdym kroku Kawiarenki-Pastelarie, otwarte do późna. Narodowym łakociem jest posypana cynamonem babeczka z francuskiego ciasta, wypełniona budyniem, mniam, mniam.

Jedzenie:

trafiłam na bardzo dziwne danie - widniejąca poniżej zupę chlebową - czyli ciepłą wodę z jajkiem, oliwą i czosnkiem. Wszytko byłoby dobrze, gdyby ta zupa została wcześniej choć przez chwilę zagotowana...- wszystkie składniki pływały oddzielnie, bez większego ze sobą związku i taki był też smak tej zupy, fuj.

Poza tym - ryby, ryby, ryby i dużo owoców morza - stwory, co mrugają oczami z talerza. Popularny jest zwyczaj wybierania sobie z wystawy żywego jeszcze kraba, który zostanie przez kucharza przygotowany za chwilę niemal na oczach klienta.

Za te kraby i za zdarzenia z przeszłości - corridy, wyzysk zamorskich kolonii, targi czarnych niewolników i publiczne egzekucje na głównym placu Lizbony - notuję, że do charakterystyki astrologicznej Portugali dodać trzeba nieco mrocznej energii znaku Skorpiona.

Jeszcze kilka fotek z Lizbony:

Hotel

nasz w Lizbonie nazywał się Aljubarrota, wybrałam go losowo w internecie. Ale, czy są w życiu przypadki? Portugalski hotel prowadzą tybetańscy buddyści z Nepalu.

Hotel mieści się na 4 piętrze bez windy, w kamienicy która ma kilkaset lat. Miałam wrażenie, że jeśli dotknę ścian, rozpadną sie w proch. Pewnie dlatego do połowy wysokości przyklejone są w pokojach płytki azulejos :)

Targamy bagaże ledwo żywe, w połowie drogi rzuca się na pomoc nasz gospodarz, zabiera wszystkie walizki i frunie do góry jak motylek. Nie na darmo ma na nazwisko Sherpa, tyle, że my nie Edmund Hillary.

 

Hotel w ogóle jest bardzo oryginalny - począwszy od domofonu. Przedostanie się przez główne drzwi przy użyciu klucza nie było wcale takie łatwe. Wtajemniczeni wiedzą, że kiedy mamy do czynienia z Saturnem - będą kłopoty z kluczami. Po piętnastominutowym gmeraniu na klęczkach, w nocnych ciemnościach, w bramie - w sercu lizbońskiej starówki (zamek jest na wys.30cm nad chodnikiem) zadzwoniłyśmy jednak domofonem.

 

Pokój był z łazienką - a raczej łazienka była z pokojem - kabinę prysznicową po prostu wmontowano. Umywalka przytwierdzona została na stałe na...drzwiach przechodnich do drugiego pokoju. Przyznaję, że te rozwiązania architektoniczne przebiły nawet to, co widziałam w Indiach. 

 

 

Fado coraz bardziej ogarniało miasto, ruszyłyśmy na południe.

ciag dalszy relacji - na wybrzeże Algarve - niebawem....

 

Wszystkie fotografie zamieszczone na tej stronie podlegają ochronie prawa autorskiego

- kontakt z autorką fot.- Anna Wawrzycka-Atach, tel 509 019 587, . 

 

Kursy Rozwoju - Joga Mokotów